Serwis prowadzony przez kancelarię Maruta i Wspólnicy
Kontakt: itlaw@maruta.pl

Freeware, shrink-wrap, public domain, open source, free software, adware, shareware etc etc – o co tu chodzi?

Wersja PDF

 

Prawo autorskie posługuje się ideą „monopolu twórczego". W wielkim skrócie oznacza to, że twórca i tylko twórca decyduje zarówno o fakcie udostępnienia, jak i zakresie udostępnienia swojego utworu. Przy czym ma kilka dróg do wyboru - może utwór sprzedać (a dokładnie sprzedać prawa majątkowe do niego), może na korzystanie z utworu udzielić licencji (w różnym zakresie wedle uznania, płatnej lub nieodpłatnej, przy czym istnieje domniemanie, że licencja jest płatna), może też „puścić" utwór w obieg bez zawierania żadnych umów (i wtedy użytkownik korzysta albo z koncepcji dozwolonego użytku osobistego albo - w odniesieniu do programów komputerowych - z tzw. licencji ustawowej z art. 75 ust. 1 prawa autorskiego). Metodę pierwszą pomijamy, gdyż to rzadka transakcja, trzecią też, bo wymaga odrębnego omówienia, skupmy się na licencjach.

Twórca ma (prawie) pełną swobodę kształtowania warunków licencyjnych. W praktyce można wyodrębnić trzy modele (podział mój): (i) licencje „własnościowe pełne" (komercyjne), (ii) licencje „własnościowe nieodpłatne" z kontrolą zakresu używania (iii) licencje "open source", nieodpłatne, bardzo szerokie co do zakresu korzystania. Wszystkie jednak są licencjami, czyli złamanie warunków, na jakich zostały udzielone może skutkować odpowiedzialnością prawną.

Licencje „pełne" to umowy szczegółowo określające obowiązki stron, odpłatne, w obrocie profesjonalnym negocjowane i uzgadniane indywidualnie. W obrocie „end userskim" najczęściej spotykamy się z umowami adhezyjnymi - czyli tekstem jednostronnie narzuconym przez producenta (Microsoft, Adobe, wszyscy inni), który musimy zaakceptować w całości, aby móc korzystać z oprogramowania. Kiedyś umowy te były schowane w folii, której rozdarcie powodowało zawarcie umowy, stąd nazwa „shrink-wrap" wypierana obecnie przez internetowe „click-on" czy „click wrap".

Czy takie „kliknięciowe" umowy też są ważne? Trudne pytanie - przyjmuję, że tak, ale z licznymi zastrzeżeniami - począwszy od klauzul konsumenckich (np. umowa musi być sporządzona w języku zrozumiałym dla konsumenta, nie może pozbawiać konsumenta pewnych praw przyznanych przez ustawy itp.), zagadnień prawa właściwego (który system prawa stosować przy transakcjach transgranicznych), jak i szeregu okoliczności faktycznych (otwarcie programu przez osobę nie mogącą skutecznie zawrzeć umowy, np. dziesięcioletnie dziecko). Poniekąd taką „pełną" umową jest shareware - jest to płatne oprogramowanie, z określonym czasem na jego przetestowanie.

Licencje „własnościowe nieodpłatne", z silnym monopolem autorskim, to wszystkie rodzaje freewaru. Nie musimy za nie płacić, ale nie mamy zbyt szerokich uprawnień - z reguły ogranicza się ono do „używania" programu (zwielokrotniania w pamięci operacyjnej), bez prawa do modyfikacji czy włączania do własnych prac. Licencje freeware mogą wprowadzać szereg innych ograniczeń, podobnie jak licencje „pełne", choć nadal są bezpłatne. Odmianą freewaru jest adware (uwaga - zdjęcie reklamy z takiego programu to załamanie warunków licencji!).

Najciekawszy jest open source - specyficzny rodzaj licencji (właściwie szeregu licencji o różnym stopniu uprawnień i zobowiązań), która zezwala na bardzo szerokie korzystanie z programu, w szczególności z prawem do jego modyfikacji i włączania do własnych rozwiązań bez opłat z tego tytułu. Ciekawostką są konsekwencje dla osoby modyfikującej open source oparty na tzw. modelu copy-left (przede wszystkim GPL i pochodne) - otóż jeśli chcemy dystrybuować zmieniony przez nas program lub włączamy w nasz soft rozwiązania oparte na GPL, to „wirus GPL" zaraża to zmodyfikowane, nowe oprogramowanie i musimy je w całości dalej rozpowszechniać wyłącznie jak GPL (czyli m.in. bez opłat licencyjnych, z kodem źródłowym etc.). Na rynku istnieje sporo autorskich projektów opartych na GPL, które istotnym nakładem pracy zostały przystosowane do określonych celów i są odpłatnie licencjonowane. Ich autorzy łamią prawo i mogą zapłacić z tego tytułu odszkodowanie. Open source nie oznacza pełnej wolności, to nadal jest licencja, w wielu aspektach zaskakująco restrykcyjna.

I jeszcze jedno w sprawie nazw - open source jest mieszany czasem z free softwarem (wolnym oprogramowaniem) - to trochę inne koncepcje (pierwsza "użytkowa" nastawiona na optymalność techniczną kodu, druga "filozoficzna" na wolność jako taką), ale w dużej mierze zbieżne w efektach prawnych (zasadach licencjonowania).

Do omówienia zostało pewne dziwo - public domain. Jest to koncepcja, w myśl której program nie podlega prawu autorskiemu, nikt nie ma do niego praw, nie ma żadnych ograniczeń w jego używaniu. Klasyczny przykład to utwory, których okres ochrony upłynął (obecnie 70 lat od śmierci twórcy), choć w przypadku programów nie ma to, póki co, zastosowania. Program teoretycznie mógłby znaleźć się w „publicznej domenie", jeśli autor zrzekłby się praw do niego. I tu mamy duży problem - polskie prawo nie przewiduje takiej możliwości (przynajmniej wprost, pomijam doktrynalną dyskusję). A więc „zrzeczenie się prawa" w praktyce jest wątpliwe - można osiągnąć podobny skutek udzielając bardzo szerokiej licencji (szerszej niż open source), tylko nie znam nikogo, komu by się chciało :) A jak „puści" się program bez żadnej licencji, nie oznacza to bynajmniej domeny publicznej - oznacza to, że zamiast licencji wejdzie w życie tajemniczy art. 75 ust. 1 prawa autorskiego. O czym kiedy indziej.